Koniec obrazu samotnego poznającego

Przez długi czas epistemologia chętnie przedstawiała poznającego jako jednostkę, która siedzi naprzeciw świata i za pomocą własnego rozumu sprawdza, co jest prawdą. Ten obraz dobrze pasuje do pytania o uzasadnienie przekonań: czy mam wystarczające powody, by w coś wierzyć? Pomija jednak prosty fakt. Prawie cała wiedza, z której korzystamy na co dzień, została zapośredniczona przez innych ludzi.

Języka nie wymyślamy samodzielnie. Uczymy się od innych, korzystamy z ich opisów, pomiarów i wspomnień, a później przekazujemy informacje dalej. Nawet wiedza, którą zdobywamy przez własną obserwację, jest zwykle interpretowana przy użyciu pojęć wypracowanych społecznie. Działamy też w instytucjach, które przechowują informacje, dzielą pracę i ustalają procedury rozstrzygania sporów.

To przesunięcie punktu ciężkości stało się jednym z impulsów rozwoju epistemologii społecznej. Dziedzina ta bada, jak relacje między ludźmi, normy, praktyki i instytucje wpływają na zdobywanie oraz ocenianie wiedzy. Nie jest jednolitą szkołą i nie odrzuca automatycznie klasycznych pytań o prawdę, uzasadnienie czy racjonalność. Przeciwnie, jej główny nurt pyta, kiedy społeczna organizacja poznania zwiększa szanse na prawdziwe lub dobrze uzasadnione przekonania, a kiedy je osłabia.

Społeczny charakter poznania nie oznacza więc, że prawda jest dowolnym wytworem grupy. Oznacza, że droga do prawdy niemal zawsze prowadzi przez cudze świadectwa, wspólny język, podział pracy i reguły współpracy. Indywidualne zdolności nadal mają znaczenie. Trzeba przecież rozpoznać mowę, ocenić wiarygodność rozmówcy i zrozumieć sens jego słów. Tyle że te zdolności działają w środowisku, którego sami nie stworzyliśmy.

Komu wierzyć, gdy nie możemy wiedzieć wszystkiego sami?

Gdy przyjmujemy informację od innej osoby albo ze źródła komunikacyjnego, korzystamy ze świadectwa. Nie chodzi przy tym o bezwarunkowe zaufanie. Odbiorca może pytać, czy rozmówca zna się na sprawie, ma dostęp do odpowiednich dowodów, mówi uczciwie i nie kieruje się interesem, który zniekształca przekaz. Znaczenie ma również zgodność wypowiedzi z innymi informacjami.

Takie sprawdzanie nie musi oznaczać, że za każdym razem prowadzimy pełne niezależne dochodzenie. W większości dziedzin nie byłoby to możliwe. Nie znamy osobiście metod produkcji leków, budowy sieci energetycznych ani sposobów kalibracji instrumentów używanych do obserwacji kosmosu. Podział pracy poznawczej pozwala korzystać z rezultatów cudzej specjalizacji, ale tworzy zależność od ludzi i instytucji, których kompetencji nie potrafimy w całości odtworzyć.

W przypadku ekspertów pojawia się więc asymetria kompetencji. Demokracja może wymagać równego statusu obywateli jako uczestników decyzji, lecz nie zakłada, że wszyscy mają takie samo przygotowanie do odpowiedzi na każde pytanie techniczne. Problem polega na tym, jak osoba niebędąca specjalistą ma rozpoznać kompetencję eksperta oraz jak publicznie kontrolować jego twierdzenia.

Sam tytuł eksperta nie rozwiązuje sprawy. Nie wystarcza też odruchowe odrzucenie każdej ekspertyzy w imię niezależności. Rozsądna ocena musi uwzględniać kompetencje, interesy, sposób uzasadnienia i możliwość konfrontacji z innymi źródłami. To dlatego pytanie o zaufanie jest zarazem pytaniem o organizację instytucji, które ekspertów wyłaniają, sprawdzają i rozliczają.

Dlaczego obiektywność może wymagać innych ludzi

Nauka pokazuje, że społeczny charakter poznania nie musi być jego słabością. Pojedynczy badacz może obserwować, mierzyć i rozumować, ale nie kontroluje w ten sposób wszystkich założeń własnej pracy. Interpretacja danych zależy od przyjętych pojęć, wyboru pytań i rozumienia tego, co w danym pomiarze jest istotne. Jedna osoba nie zawsze potrafi dostrzec ograniczenia perspektywy, z której prowadzi badanie.

W ujęciu Helen Longino obiektywność wiąże się dlatego z krytycznym charakterem wspólnoty badawczej. Inni badacze mogą zakwestionować założenia, wskazać alternatywną interpretację danych albo pokazać, że wniosek wykracza poza to, co rzeczywiście sprawdzono. Krytyka nie jest dodatkiem do gotowej wiedzy. Pomaga ustalić, które elementy rozumowania wytrzymują konfrontację z innymi perspektywami.

Taki obraz nie wymaga usunięcia wszystkich wartości, języka ani społecznego położenia badaczy. Chodzi raczej o to, by te wpływy mogły zostać ujawnione i poddane krytycznej kontroli. Obiektywność staje się wtedy cechą procesu, w którym twierdzenia są wystawiane na działanie odpowiednio zorganizowanej krytyki, a nie stanem całkowitego odizolowania pojedynczego uczonego od świata społecznego.

Wcześniejsze pytanie o zaufanie wraca tu w bardziej złożonej formie. Nie ufamy wyłącznie pojedynczemu ekspertowi. Polegamy także na procedurach, relacjach między badaczami i instytucjach, które umożliwiają sprawdzanie cudzych wyników.

Kiedy nierówność społeczna zmienia to, komu wolno być wiarygodnym

Relacje poznawcze mogą zwiększać szanse na wiedzę, ale mogą też krzywdzić ludzi właśnie jako poznających. Miranda Fricker nazwała to zjawisko niesprawiedliwością epistemiczną. Jej pierwszy podstawowy rodzaj to niesprawiedliwość świadectwa. Zachodzi wtedy, gdy słuchacz przypisuje komuś mniejszą wiarygodność, niż ta osoba zasługuje, ponieważ uprzedzenie wiąże jej tożsamość społeczną z niekompetencją, przesadą albo nieuczciwością.

W takiej sytuacji problem nie polega wyłącznie na tym, że ktoś został źle potraktowany. Jego wiedza nie zostaje właściwie wykorzystana, a on sam traci możliwość pełnego uczestniczenia w praktyce wspólnego poznawania. Przykładem może być odrzucanie zeznań osób należących do stygmatyzowanej grupy. Ocena wypowiedzi zostaje przesunięta przez uprzedzenie dotyczące mówiącego.

Drugi rodzaj, niesprawiedliwość hermeneutyczna, dotyczy zasobów pojęciowych dostępnych wspólnocie. Osoba może doświadczać czegoś ważnego, ale nie mieć powszechnie rozpoznawanego języka, za pomocą którego dałoby się to doświadczenie nazwać i wyjaśnić. Przykładem jest sytuacja, w której brak wspólnego pojęcia utrudnia rozpoznanie oraz zakomunikowanie doświadczenia molestowania seksualnego. Nie chodzi wtedy przede wszystkim o to, że odbiorca odmawia wiary gotowemu świadectwu. Trudność pojawia się wcześniej, na poziomie możliwości zrozumienia tego, co się wydarzyło.

Te dwa mechanizmy pokazują, że poznanie zależy zarówno od gotowości słuchania, jak i od wspólnych narzędzi interpretacji. Model Fricker był później rozwijany i krytykowany. Kolejne autorki i autorzy zwracali uwagę na pluralizm wspólnot interpretacyjnych, dodatkowe formy uciszania oraz strukturalny charakter nierówności. Niesprawiedliwości epistemicznej nie da się więc sprowadzić do pojedynczego nieudanego aktu rozmowy. Dotyczy także tego, jak społeczeństwo rozdziela wiarygodność i jakie doświadczenia stają się zrozumiałe w publicznym języku.

Nie tylko produkcja wiedzy, lecz także produkcja niewiedzy

Skoro wiedza powstaje w relacjach i instytucjach, podobnie może powstawać niewiedza. Epistemologia społeczna analizuje nie tylko sposoby zdobywania prawdziwych przekonań, lecz także rozkład ignorancji, polaryzację, komory echa i treści wprowadzające w błąd. Przedmiotem zainteresowania staje się wtedy nie tylko pytanie, czy komunikat jest prawdziwy, ale również to, kto go widzi, w jakim kontekście i jakie możliwości działania pozostają po jego odbiorze.

Misinformation oznacza fałszywą lub niedokładną treść rozpowszechnianą bez koniecznego zamiaru oszustwa. Disinformation zwykle wiąże się z zamiarem wprowadzenia odbiorców w błąd. Granica między tymi kategoriami dotyczy więc nie tylko samej treści, lecz także sposobu i celu jej rozpowszechniania.

Wprowadzanie w błąd nie musi zresztą polegać na prostym kłamstwie. Może działać przez selektywny dobór prawdziwych informacji, pominięcie kontekstu albo utrudnienie przełożenia wiedzy na skuteczne działanie. W środowisku internetowym na obieg informacji wpływają również sieci kontaktów, wzory selekcji i systemy widoczności, w tym algorytmy. Są to użyteczne elementy ramy pojęciowej, ale przedstawiony materiał nie stanowi systematycznego przeglądu badań nad działaniem wszystkich platform. Nie pozwala więc rozstrzygnąć, jak każdy z tych mechanizmów działa w konkretnym serwisie ani jaki jest jego wpływ na użytkowników.

Ta perspektywa poszerza wcześniejsze pytanie o wiarygodność. Można bowiem podważać czyjeś świadectwo, ograniczać dostęp do określonych pojęć albo tak organizować obieg prawdziwych i fałszywych treści, by odbiorcom trudniej było zbudować trafny obraz sytuacji.

Demokracja potrzebuje nie tylko informacji, ale także kontroli nad ich obiegiem

Dla demokracji nie wystarczy sama większa ilość informacji. Obywatele i instytucje są od siebie zależni poznawczo, więc znaczenie ma sposób organizowania tej zależności. Czy można rozpoznać kompetencję bez oddawania ekspertom niekontrolowanej władzy? Czy osoby mające ważne doświadczenia mogą zostać usłyszane? Czy procedury pozwalają wskazać błąd i zmienić wspólne przekonanie?

Wcześniejsze wątki spotykają się właśnie na tym poziomie. Ekspertyza pokazuje konieczność podziału pracy poznawczej, a filozofia nauki wskazuje, że krytyka innych może zwiększać obiektywność. Analiza niesprawiedliwości epistemicznej przypomina, że dostęp do wiarygodności jest nierówny. Badanie niewiedzy pokazuje zaś, że obieg informacji może wspierać rozumienie, ale może też utrudniać krytykę i działanie.

Instytucje komunikacyjne można dlatego traktować jako część infrastruktury poznawczej. Powinny umożliwiać konfrontowanie twierdzeń, korygowanie błędów, rozpoznawanie kompetencji i uwzględnianie różnych doświadczeń. Nie jest to gotowa lista rozwiązań technologicznych. To kryterium oceny praktyk społecznych: czy pomagają ludziom korzystać z cudzej wiedzy, zachowując możliwość kontroli, sprzeciwu i korekty.

Poznanie nie jest samotne. Ta obserwacja nie znosi pytania o prawdę ani nie zamienia jej w dowolny produkt grupy. Przesuwa natomiast część odpowiedzialności z pojedynczego przekonania na relacje i instytucje, które decydują o tym, komu ufamy, jakie doświadczenia stają się słyszalne i czy błędy mogą zostać ujawnione.